Dla matki nie ma nic gorszego niż śmierć i choroba dziecka. Bohaterki naszego artykułu przeżyły jedno i drugie. Beata Pieczyńska i Małgorzata Tomaszewska w tragicznych okolicznościach straciły synów. Łączy je również to, że obie wychowują niepełnosprawne dzieci, będąc z nimi na dobre i złe, uczestnicząc w niezliczonych turnusach rehabilitacyjnych, wizytach w szpitalach i u lekarzy. Mimo tego, jak ciężko doświadczył je los, emanują siłą, uporem i pozytywnym nastawieniem do życia.

Matki superbohaterki
Beata Pieczyńska (na zdjęciu z mężem Markiem oraz synami Bartkiem i Jasiem): - Jestem typem zadaniowca. Jak postawię sobie jakiś cel, to robię wszystko, by do niego dążyć

ZWYCZAJNIE TĘSKNIĘ ZA KUBĄ

Beata Pieczyńska jeszcze do niedawna była młodą, szczęśliwą mamą trzech synów: Jasia oraz bliźniaków Kuby i Bartka. Wszystko zmieniło się w kwietniowe popołudnie w ubiegłym roku. W prowadzony przez babcię wózek z młodszymi chłopcami uderzył rozpędzony samochód. Bliźniacy z rozległymi obrażeniami trafili do szpitala dziecięcego w Olsztynie. Niestety, po tygodniu Kuba zmarł. Przez długi czas również życie Bartka było w niebezpieczeństwie. Miesiące leczenia i intensywna rehabilitacja sprawiają jednak, że stan chłopca systematycznie się poprawia. Trzylatek chodzi już sam przy chodziku, wypowiada coraz więcej słów, a ostatnia wizyta kontrolna u okulisty wykazała, że dziecko widzi na prawe oko, choć wcześniej lekarze twierdzili, że będzie ono częściowo niesprawne.

Od samego początku, w szpitalach, podczas turnusów rehabilitacyjnych oraz ćwiczeń w domu, Bartkowi towarzyszy mama. To ona jest jego najlepszą terapeutką, pielęgniarką i opiekunką, która cieszy się z każdego, nawet najmniejszego postępu chłopca. - Jestem dobrej myśli. Bartek to naprawdę uparta bestia, a w dodatku ciągle się śmieje, więc codziennie poprawia nam nastrój – mówi pani Beata. Przyznaje, że ostatnie dni były dla niej bardzo trudne, bo właśnie minęła pierwsza rocznica śmierci Kuby. Akurat tego dnia przebywała na turnusie rehabilitacyjnym z Bartkiem z daleka od Szczytna. - Było mi ciężko, bo nie mogłam być przy Kubie na cmentarzu. Mój stan udzielił się Bartkowi, który, wyczuwając ten przygnębiający nastrój, też płakał i na zajęciach nie chciał współpracować z rehabilitantami – wspomina pani Beata.

Gorsze momenty przychodzą do niej wraz ze zmęczeniem, gdy czuje, że nie ma już sił.

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.